W tym miejscu
postanowiłem się przedstawić. Nazywam się Bartek Żynda, chociaż wielu moich
przyjaciół zna mnie bardziej jako „Bisona”. Urodziłem się w Gdańsku, jednak od
trzeciego roku życia na stałe mieszkam w Gdyni.
Od wielu lat moją pasją są Rdzenni Mieszkańcy Ameryki
Północnej. Zajmuję się ich przeszłością jak i teraźniejszością. Jednak
pierwszym moim z nimi kontaktem (takim już na poważnie) była lektura powieści
Szklarskich pt.: „Złoto Gór Czarnych” i właściwie dzięki tej książce wszystko
się zaczęło. Po jej przeczytaniu zapragnąłem zostać Indianinem! J Później
przyszły powieści Stanisława Supłatowicza i Arkadego Fiedlera i innych wtedy
dostępnych na naszym rynku wydawniczym pozycji (wszak były to kruche lata
80-te). I tak przez długie lata w samotności rozwijałem swoje zainteresowania.
Przełom nastąpił w latach 90-tych. Wtedy to usłyszałem o Indianistach, – czyli
ludziach zajmujących się tak jak ja Indianami, jednak informacje o imprezach
organizowanych przez nich docierały do mnie za późno, albo coś mi w tym
przeszkadzało...(tak było między innymi z Great American Indian Dance Theatre,
którzy występowali w Gdyni, czy z XV zlotem PRPI w Chodzieży).
Jednak to mnie nie załamało, bo
„co
ma być, to i
tak będzie”. I tak się stało. W roku 1992 poznałem (czyli 12 lat temu) dwóch
młodych Indianistów: Marcina Pejasza i Andrzeja Gussmanna, którzy tak jak ja
szukali kontaktu z ludźmi o podobnych zainteresowaniach (zresztą z nimi jestem
związany po dziś dzień, chociaż ich losy to odrębny zresztą temat, wystarczy
wspomnieć, że Andrzej od kilku już lat mieszka w USA w rezerwacie Czarnych Stóp
w Montanie). Ale wtedy byliśmy trzema młodymi ludźmi, którzy szukali swojej drogi.
Czego nie można było dokonać w pojedynkę, w trójkę przyszło nam bez trudu. I
tak w tym samym roku pojechaliśmy na nasz pierwszy zlot, XVI zlot PRPI
(Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian), który odbył się w Kornem pod Kościerzyną.
Dopiero tam,
na tym zlocie poczułem, że wreszcie znalazłem to, czego tak wiele lat szukałem!
Zresztą chyba każdy tak właśnie odczuwa swoje pierwsze spotkanie na zlotach. Na
zlocie tym poznałem bardzo wielu ludzi, jednak jedna z nich zajmuje po dziś
dzień miejsce szczególne. Tą osobą jest nasz wspólny Dziadek – Stanisław
Supłatowicz, czyli SAT-OKH. Tak, więc jedno z moich marzeń, wreszcie się
spełniło – poznałem mojego bohatera z dzieciństwa. Znajomość tą kontynuuję do
dzisiaj i cieszę się, że Dziadek nazywa mnie swoim „przyjacielem-wnukiem”[1].
Po tym zlocie
przyszły kolejne spotkania i kontakty. Rozwinęły się również i moje
zainteresowania. Poprzez zapoczątkowaną przez Szklarskich i ich trylogię
fascynację Lakotami, skierowałem się w końcu w kierunku Assiniboinów. Teraz
moją wiedzą na ten temat mogę się z Wami podzielić. W tym miejscu chciałbym
szczególnie podziękować dwóm osobom: Darkowi Pohlowi i Marcinowi Pejaszowi,
którzy zdobyli dużą część materiałów o tym narodzie i gotowi byli podzielić się
swoimi „zdobyczami” ze mną. To dzięki im ta strona mogła powstać.
W roku 1998 w
lutym, wziąłem udział w pierwszym w swoim życiu Pow-Wow. Było to w Niemczech w
Greifswaldzie. Od tego momentu rozpocząłem swój drugi rozdział swojej
„indiańskości” – czyli zainteresowania tym zagadnieniem. Widząc jak to jest tam
zorganizowane, postanowiłem trochę stamtąd przenieść na nasz grunt. W tym
czasie w Polsce było już kilku tancerzy, jednak brakowało kapeli. Powziąłem
się, więc jej utworzenia. Zdobyłem potrzebne informacje na ten temat i
namówiłem kilku swoich znajomych na wspólne granie. I tak w kwietniu 1998
powstała pierwsza kapela Pow-Wow w Polsce. Przy okazji trzeba tu wymienić
osoby, które ją współtworzyły: obok mnie i wspomnianego wyżej Marcina Pejasza
grali w niej również Sławek Leśniczak i Piotr Chybowski. Później dołączyli do
niej jeszcze Krzysiek Kosmowski („Huron”) i Maciek Wojcik. Początkowo kapela
nosiła nazwę „Sweetgrass Singers”, jednak wkrótce zmieniła ją na „White
Whistles Singers”. W tym składzie kapela wystąpiła tylko kilka razy, między innymi
podczas otwarcia XXII zlotu w Uniejowie. Później kilka osób odeszło i już tylko
z Piotrem, Sławkiem i Maćkiem otwieraliśmy następny zlot we Wiągu. Później moja
droga z kapelą się rozeszła... Obecnie rozwijam swoją drogę tancerza i jak do
tej pory jestem jedynym, który tańczy Southern Straight w Polsce L…, chociaż na
zimowym Pow-Wow w Międzychodzie (28.02.2004) miałem okazję swoje w tym tańcu
umiejętności porównać z niemieckim tancerzem i teraz czekam na naszą krajowa konkurencję w tym tańcu.
Od lipca 2002 roku
jestem członkiem stowarzyszenia wzorującego się na stowarzyszeniu akicita:
Kangi Yuha, co zaowocowało min. wizytą na niemieckim Indian Week, gdzie
poszerzyłem swoje kontakty o znajomości z Indianistami z innych krajów Europy.
Jest to nowy rozdział w moim życiu, dlatego na razie nic o tym nie napiszę...
Na koniec
pozostało mi jedynie zachęcić do lektury tej strony i mam nadzieję, że
poszukujący informacji internauta, znajdzie tutaj coś interesującego. Czego
oczywiście wszystkim życzę.
Bartek „Bison”
Żynda
01.09.2002
19.07.2003
24.04.2004